niedziela, 21 czerwca 2015

Rozdział 150

Siedziałam na łóżku w jego pokoju, wyobrażając sobie, że jest w domu, że zaraz przyniesie mi pyszne śniadanie do łóżka, że położy się obok mnie i pocałuje w czubek nosa. Tak się jednak nie stało. Byłam tam sama z moim strachem przed utratą ukochanego. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę jak bardzo go kocham. Nie potrafiłam pogodzić się z faktem, ze Harry leży w szpitalu a ja nie mogę go zobaczyć. Czym ja zawiniłam? Co złego zrobiłam W tamtej chwili byłam w stanie oddać wszystko by tylko przeżył, nawet własne życie.
Dni mijały a ja wciąż czekałam aż Harry stanie w drzwiach domu. Czekałam długo...bardzo długo ale nikt się nie pojawił. Wyglądałam jak chodzący trup... podkrążone oczy od płaczu i braku snu, zero chęci do życia i serce które cierpi jak nigdy wcześniej. Siedziałam w salonie otoczona całkowitą ciszą. Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, pobiegłam otworzyć. To był Luke, przyszedł mnie pocieszyć.
-Jak się czujesz? -zapytał
-Jakbyś ktoś wyrwał mi kawał serca. Czemu on nie chcą mi nic powiedzieć? Zrób coś!-krzyknęłam ze łzami w oczach odpychając go od siebie.
-Wszystko będzie dobrze-powiedział i przytulił mnie, jego objęcie znacznie różniło się od Harry'ego. Gdy Hazz mnie przytulał czułam motylki w brzuchu i nie zważając jaki miałam humor uśmiechałam się, z nim było inaczej. Spojrzał na mnie, jego  oczy lśniły, przybliżył swoją twarz do mojej. Z całej siły go odepchnęłam. Czy on chciał mnie pocałować? W takim momencie? Jego przyjaciel leży w szpitalu a on dobiera się do jego dziewczyny.
-Co to miało być ?! -krzyknęłam drażniąc gardło
-No weź. Wiem ze ci się podobam..- powiedział z uśmiechem
Podszedł bliżej, przybita do ściany nie miałam gdzie uciec. Złapał mnie w tali, jedynie co wtedy przyszło mi do głowy to to, żeby uderzyć go w krocze. Gdy upadł na drewnianą podłogę. Uciekłam do pokoju  zamykając drzwi na klucz. Błagałam by mój mąż pojawił się i odciągnął tego psychola. Ale ja przecież marzyłam o niemożliwym. Usłyszałam rozchodzący się po mieszkaniu głos Luke
-Karolina nie wygłupiaj się. Nic ci nie zrobię, obiecuję. Pójdę do szpitala, dowiem się co Harry'm. Proszę otwórz.
Uległam i otworzyłam drzwi. Chciałam iść i z nim, ale kategorycznie mi zabronił. Czekałam na niego, siedząc na łóżku. Położyłam się. Długi brak snu dał się we znaki. Zasnęłam. Cały czas widziałam pędzące w moją stronę auto i Harry'ego całego we krwi.




Obudziłam się, wytracona ze snu przez Luke. Wydawał się być załamany. Stanęłam na równe nogi.
-I jak? Dowiedziałeś się czegoś ?
-Tak-powiedział spuszczając głowę.
-Luke! -krzyknęłam z bólem w glosie
-Podałem się za jego kuzyna. Karolina on...on nie żyje.
Nogi ugięły się pode mną. Moje cale życie w ciągu tak krótkiego czasu, całkowicie się zawaliło. Kazałam chłopakowi wyjść. Płakałam leżąc na łóżku. Czy to prawda? Czy Harry rzeczywiście mnie opuścił? Wtedy moje życia nie miało najmniejszego sensu. Chciałam umrzeć i znów zobaczyć Hazze. Wzięłam w rękę jego koszulkę, która leżała pod poduszką i wtuliłam w nią twarz
-Harry. Wróć do mnie. Dlaczego mnie zostawiłeś. Jak mogłeś? Obiecywałeś, że będziemy razem...zawsze, a teraz cię tu nie ma. HARRY!!!!!-krzyknęłam najgodniej jak tylko potrafiłam.
Postanowiłam napisać list, nie wiedziałam do kogo, chciałam się po prostu komuś wygadać.
"Do ***
Jeśli ktoś to czyta to znaczy, że albo nie żyje ale w strasznym stanie leże w szpitalu. Gdybym wtedy nie wyszła z tego samochodu, Harry by żył, i jechalibyśmy teraz do Paryża. Moje życie bez niego nie ma sensu. Czemu życie jest takie nie fair? Czemu odebrało mi Harry'ego? Mojego Harry'ego. Czemu to ja nie umarłam Czemu właśnie on? Czy to dlatego, że był zły On był taki tylko na wierzchu. W środku był kochany, nigdy nie podniósł na mnie ręki... NIGDY. Kochałam go i nadal będę, nieważne w którym świecie. Kiedyś na pewno się spotkamy. Obiecuje
Karolina
xxx"


Położyłam ten list na poduszce ukochanego, jakbym chciała zęby on przeczytał to jako pierwszy. Czułam jak z każdą chwilą moje serce pęka po raz kolejny. Wszędzie czułam jego obecność. Stanęłam przed lustrem, moje oczy były czerwone jak jeszcze nigdy wcześniej, łzy spływające po mojej twarzy kapały na dywan. Chwyciłam z kosmetyczne żyletkę i zrobiłam kilka porządnych cięć na nadgarstku.

Znów upadlam na ziemię, chciałam się zabić. Wyciągnęłam z szafki jakieś tabletki, wzięłam garść i połknęłam, popijając wodą. Widziałam jak białe kafle na podłodze szybko stają się czerwone. Oczy powoli zaczęły mi się zamykać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz